Ostatni dzień w Azji

Niestety, pomimo pięknego uśmiechu i wielu próśb, nie udało nam się przedłużyć pokoju w hotelu. O godz. 12.00 musieliśmy się wymeldować i złożyć swoje bagaże w holu, gdzie zostały zabezpieczone i przechowane. My ruszyliśmy na podbój Tsim Sha Tsui. Nikt nie spodziewał się, że w trakcie spacerów dzielnicą, w której mieszkaliśmy, dokona się wiekowa przemiana możliwości fotograficznych naszej firmy. W trakcie 2 godzinnych testów i negocjacji Bartas rozstał się ze swoim poczciwym i zasłużonym Nikonem D90 i przesiadł na Canona 5D. Transakcja była wiązana, sprzedawca przyjął stary sprzęt wraz z akcesoriami i za dopłatą wymienił na Canona z nowymi obiektywami. Od tej chwili straciłem kompana podróży… Młody biegał jak szalony po wszystkich ulicach, kręcił filmy, robił zdjęcia przedmiotom, które wcześniej go ani trochę nie interesowały. Od rana narzekał, że nogi mu siadają, a z Canonem w rękach przebiegł chyba maraton:) Jak mało potrzeba, żeby facetowi włączyć turbo doładowanie…

Popołudnie spędziliśmy w Kowloon Park. Na bardzo dużym terenie, w samym środku Tsim Sha Tsui, można podziwiać wspaniałe stawy, fontanny, cudowną roślinność. Na ławkach, pod drzewami, siedzą sobie ludzie, czytają książki, bawią się z dziećmi… Wiele jest tam miejsc, które rodem są z najlepszych filmów przygodowych. Nie spodziewaliśmy się, że na tyłach naszego hotelu znajdziemy tak czarujący park.
Ostatnie godziny pobytu w Hong Kongu poświęciliśmy na wybór najlepszych chińskich herbat. Oferta jest ogromna… ogromne też są ceny. Przekonani jednak przez sprzedawców możliwością wielokrotnego zaparzenia jednej porcji, postanowiliśmy kupić kilka opakowań herbaty zielonej oraz jaśminowej, która w dzbanku zamienia się w piękny kwiat. Mam nadzieję, że sprzedawczyni nie robiła nas w konia… bo reklamację ciężko będzie złożyć.
Na lotnisku byliśmy o 20.30. Błyskawiczna odprawa, szybka kolacja i… prysznic za 150 HKD. Cena nie jest niska ale kąpiel warta jest każdych pieniędzy, kiedy człowiek jest po całym dniu biegania po mieście w temperaturze 27 stopni. Do Monachium lecieliśmy 12 h. Teraz siedzimy sobie w restauracji i zajadamy najprawdziwszą, bawarską kiełbasę:)
Zapraszamy na www.funclub.pl, gdzie można zapoznać się z programami zwiedzania Chin.

Ostatni wieczór w Hong Kongu

Około 17.30 wsiedliśmy do metra, na stacji Jordan, i pojechaliśmy wgłąb dzielnicy Tai Kok Tsui. W metrze był szczyt natężenia ruchu. Ledwie zmieściliśmy się do pociągu, który spokojnie liczył ze 100 metrów. Widać było dużo dzieci, wracających ze szkoły. Ubrani w lekkie mundurki, koloru biało-granatowego, ze wstążeczkami pod szyją.
Na ulicach krajobraz bez zmian… Ścisk, tłok, zapach pichconych na powietrzu przeróżnych dań, w oknach kaczki i kurczaki z głowami, w kolorach curry i papryczki chili. Spacerując natknęliśmy się na market komputerowy. Oczywiście w środku tysiące stoisk z przebogatą ofertą. Gry, konsole, oprogramowanie, akcesoria i części komputerowe. Ciężko tam jednak musi się robić zakupy, bo szerokość alejek, stanowiących jedyny odstęp między stoiskami, pozwalała przejść co najwyżej 2 osobom.
Spacerując w stronę Kowloon, podobnie jak wczoraj, wylądowaliśmy na Mong Kok. Teraz śmiało mogę stwierdzić, że jest to absolutne centrum handlu w Hong Kongu. Naprzeciw wyjścia z metra Mong Kok jest super nowoczesna, 11 poziomowa galeria handlowa – Langham Place, w której ruchome schody miały ponad 100 metrów. Polecam ją wszystkim odwiedzającym Hong Kong. Z zakupów będziecie bardzo zadowoleni, a po zakupach będziecie mieli okazję wybrać sobie jedną z kilkudziesięciu restauracji, na bardzo smaczną i dobrze podaną kolację.
Tuż po wyjściu z Langham Place wracamy do ulicznego handlu. Na alei, o długości około 1,5 km, ustawione są okropne stragany, gdzie można kupić wszystko, co znane jest u nas jako: „made in China”. Oczywiście należy natychmiast wrócić do targowania się, bo słysząc ceny początkowe, człowiek ma wrażenie, że robią z niego idiotę.
Spacerowaliśmy ulicami Mong Kok, potem Kowloonu, w kierunku naszego hotelu na Tsim Sha Tsui. W zachodnim Kowloonie krajobraz zaczął być bardzo różnorodny… 3/4 ulicy zajmowały stragany, które ustawione są centralnie, a w wąskich przejściach, na tyłach straganów, zaczęło być widać mnóstwo kobiet wątpliwej reputacji. Ciężko jest opisać ten krajobraz, zapewniam jednak, że jest nie do zobaczenia w Europie. Na jednym narożniku jest ogromna restauracja na powietrzu, gotująca na oczach swoich klientów, obok są stragany, handlujące zabawkami, bielizną, pamiątkami i w ogóle chyba wszystkim, czym się da, a tuż za straganem stoją wytatuowani po szyję, szczupli mężczyźni i obok nich panie w czarnych rajstopach i krótkich spódniczkach. Od panów usłyszeć można: hasz, od pań: masaż, a od handlarzy: Gucci, Prada, Armani:)
Na zakończenie dnia kupiliśmy sobie piwko San Miguel, chlapnęliśmy, wbrew panującym tutaj zwyczajom, na ulicy i poszliśmy do hotelu. Jutro do 12.00 musimy opuścić pokój. Wylatujemy do Monachium o 23.45.

Metrem na wyspę Hong Kong

Dzisiaj od rana przejechaliśmy czerwoną linią metra na wyspę Hong Kong. Wysiedliśmy na przystanku Central, skąd rozpoczęliśmy zwiedzanie. Pierwsze co rzuca się w oczy to piętrowe, bardzo wąskie tramwaje. Można je spotkać wyłącznie na wyspie Hong Kong. Robią niesamowite wrażenie. Oczywiście nie mogliśmy sobie odmówić przyjemności przejechania się nimi. Trasa jest bardzo atrakcyjna, bo wiedzie główną ulicą, wzdłuż zatoki, od jednego końca wyspy do drugiego. Opłata za przejazd tramwajem jest jednorazowa i wynosi 2,3 HKS/osoba.

Ruch na ulicach jest niewyobrażalny. Chyba jeszcze większego w życiu nie widziałem. Dużo jest ludzi w garniturach i kobiet w eleganckich kostiumach. Widać, że jest to istotne centrum finansowe świata. Co kilka metrów są restauracje, kafejki i sklepy z zegarkami co 30 metrów. Czas to pieniądz w Hong Kongu, chyba dlatego kupują tak drogie zegarki:)
Tramwajem przejechaliśmy do Causeway Bay. Jest to najlepsze miejsce na zakupy rzeczy markowych w Hong Kongu. Prosto ze stacji metra Causeway Bay wysiada się do centrum handlowego SOGO. Jest to ogromnych rozmiarów dom towarowy, gdzie na 10 piętrach można kupić wszystko. Każda najważniejsza marka światowa ma tutaj swoje stoisko. Ceny są atrakcyjne, bo organizowane są regularne promocje. Nam udało się kupić wiele prezentów za relatywnie małe pieniądze.
Komunikacja w Hong Kongu jest rozwiązana perfekcyjnie. Autobusów piętrowych jest więcej niż samochodów na naszych autostradach, taksówki są na każdej ulicy, a metro ma 11 linii. Wszystkie przystanki metra są bardzo czyste, przesiadki zajmują kilka sekund. Nie może być inaczej skoro metrem podróżują tutaj miliony ludzi.
Teraz jedziemy do Cheung Sha Wan. Sprawdzimy jak wyglądają kolejne dzielnice…

Promem do Zhuhai

Z hotelu do przystani promowej mamy 10 minut pieszo. Wyszliśmy o 11.00, żeby załapać się na prom do Zhuhai na 11.30. Udało nam się przy ogromnym szczęściu… zapomnieliśmy, że czeka nas odprawa paszportowa w terminalu, do której jest dość duża kolejka:) Wskoczyliśmy na prom 1 minutę przed odpłynięciem:) To chyba europejski standard, bo wszyscy Chińczycy grzecznie już siedzieli na swoich miejscach.

Zhuhai jest Specjalną Strefą Ekonomiczną, utworzoną przez rząd Chin. Do wjazdu tutaj, z terytorium Hong Kongu, potrzebna jest wiza. Prom kosztuje 380 HKS. Podróż ekspresowym katamaranem zajmuje 70 minut. Każdy ma przydzielone siedzenie, na telewizorach wyświetlane są chińskie bajeczki.
Bardzo ładna jest ta część Chin. Nabrzeżna promenada obsadzona jest pięknymi palmami, trasy spacerowe są bardzo szerokie, trawniki równiutko przycięte.Taksówki mają kolor zielony i kosztują niewiele, pomimo, że są droższe niż w Pekinie i Shanghaju.

Z terminala promowego, za 20 yuanów, pojechaliśmy pod granicę z Macao, do centrum handlowego Port Plaza. Jest to ogromne targowisko, w podziemiach głównego w Zhuhai placu, gdzie w niewielkich boksach, targowanie się przybiera obraz prawdziwego azjatyckiego handlowania. Cena zabijana jest kolejną ofertą. Rzadko zdarza się, by nie udało sie kupić za mniej niż połowę oferty początkowej.
Można tu znaleźć praktycznie wszystko. Jako obcokrajowcy, byliśmy obiektem zainteresowania większości handlarzy. Wchodząc do ich sklepików i rozpoczynając negocjacje, trzeba się liczyć, że drzwi natychmiast zostanązasłonięte i zamknięte na kłódki lub szyfrowe zamki. Nie do końca wiem dlaczego tak robią. Działo się tak jednak w przypadku wizyt wszystkich zainteresowanych klientów, więc nie budziło naszego niepokoju.

Kupiliśmy kilka ciekawych pamiątek z Azji i na zakończenie pobytu przekąsiliśmy pyszny makaron z warzywami i mięsem. Jeszcze tak mało za obiad nie zapłaciliśmy… 2 dania, 2 kawy i 2 wody mineralne za 24 yuany. Gdyby wszędzie były takie ceny, Chiny byłyby rajem:)
Po udanych zakupach o 18.10 byliśmy już w Hong Kongu. Trzeba przyznać, że podróż katamaranem była bardzo szybka i komfortowa. Przez większość czasu spaliśmy, co później miało odbicie w reakcji naszego błędnika… Podskakiwaliśmy równo na fali i do tej pory nie możemy uwolnić się od wrażenia, że wszystko dookoła się buja:)

Zajrzeliśmy na chwilkę do hotelu i po kilku minutach byliśmy już w dzielnicy Mong Kok, gdzie do późnych godzin nocnych, toczy się intensywny handel. Ten krajobraz jest charakterystyczny dla Hong Kongu. Wszędzie kolorowe neony, sklepów grube tysiące.W każdym ogromny ścisk, prawie każdy na ulicy ma torebki z zakupami. Najwięcej tu chyba elektroniki i ciuchów. Ceny wyraźnie niższe niż w Europie, około 20-30%. Sprzedawcy są znacznie mniej agresywni niż w Chinach. Cierpliwie czekają na pytanie klientów a targowanie się jest praktycznie niemożliwe, poza ulicznymi bazarami. Ceny są napisane na każdym produkcie i z góry wiadomo ile należy za niego zapłacić. Obeszliśmy 3 główne ulice Mong Koku i zrobiliśmy dużo zdjęć.  Tuż po 22.00 byliśmy już w hotelu.

Hong Kong

Hong Kong jest momentami czarujący, momentami wkurzający. Bez najmniejszej wątpliwości jest to miejsce, w którym widać ogromne pieniądze. Wieżowce są wyższe od gór, sklepy droższe niż w Europie, ludzie ze wszystkich zakątków świata. Klimat Hong Kongu jest nie do opisania.

Weszliśmy do pierwszego, na drodze do China Ferry Terminal, centrum handlowego. Zabłądziliśmy już po 30 minutach. To cholerstwo nie chciało pozwolić nam na uwolnienie się od wystaw sklepowych… Na 4 poziomach znajduje się tyle sklepów, że nie wiem czy liczyć je w setkach czy tysiącach. Ceny niestety nie zachęcają… Produkty znane z Europy, droższe o minimum 20-30%. Wydostaliśmy się cudem, bocznym wyjściem na główną ulicę ale tam nadal „handlowy terror”. Louis Vuitton ma tu sklep wielkości naszego supermarketu, a Burberry 3 poziomowy dom towarowy. Nie wiem kogo stać na ich azjatyckie ceny ale sprzedawcy zapewniali nas, że biznes idzie świetnie.
Hong Kong jest miastem biznesu. Ludzie tutaj nie bardzo wieżą w inną wartość, niż pieniądze. Samochody są wspaniałe. Najnowsze modele Porsche, Ferrari. Mercedesy nie robią już chyba tutaj na nikim wrażenia. Jednocześnie dookoła widać wieżowce, które powyżej piętra 2, wyglądają jak slumsy.
Komunikacja miejska jest po prostu wspaniała. Stacje metra co kilka kroków, autobusy na każdej ulicy, stacja kolei po środku centrum handlowego. Życie w Hong Kongu musi być komfortowe.
Jest w tej chwili 00.30, a w wieżowcach prawie wszystkie światła się palą. Ludzie pracują tutaj bardzo długo. Miasto żyje nocą, a turyści mają bardzo bogatą ofertę rozrywkową. Nie skorzystamy z niej już dzisiaj, bo zmęczenie i przeziębienie nam mocno dokucza. Jutro jednak obiecuję, że po powrocie z Zhuhai, zrobimy trochę fotek nocnego życia Hong Kongu.

Z Shanghaju do Hong Kongu

Wstaliśmy o 8.00, spakowaliśmy walizki i błyskawicznie wykwaterowaliśmy się z hotelu. Taksówka już na nas czekała. Do lotniska międzynarodowego Pudong-Shangaj mieliśmy około 45 km. Kierowca był wreszcie idealny. Pomimo ogromnych korków, na 4 pasmowej autostradzie, przejazd zajął nam około 40 minut.

Pudong International Airport to kolejne nowoczesne lotnisko, jakie widzieliśmy w Chinach. Dotarcie do terminali bezproblemowe, wszędzie świetna informacja, odprawa błyskawiczna. Na odlot do Hong Kongu, który zaplanowany był na 12.00, czekaliśmy prawie 1,5 h. W tym czasie zdążyliśmy odwiedzić wszystkie sklepy. Nie zostawiajcie zakupów w Chinach na lotnisko. Tutaj wszystko jest co najmniej 50% droższe. Kawa kosztuje 40 juanów, whisky 450 juanów.
Samolot China Eastern wyglądał kiepsko. Mocno przechodzony Boeing, który nie miał nawet telewizorów, pokazujących trasę lotu. Odstępy między fotelami nadawały się wyłącznie dla Chińczyków. Ja miałem nogi pod szyją przez 2,5 h. Na posiłek narzekać nie mieliśmy powodu ale ogólne wrażenie z przygody z tymi liniami mamy kiepskie.
W Hong Kongu wylądowaliśmy o 14.30. Pogoda dzisiaj iście brytyjska. Deszcz, mocne zachmurzenie i silny wiatr. Tutejsze lotnisko jest ogromne. Podobnie jak w Pekinie i Shanghaju, wszystko jest świetnie zorganizowane. Służby lotniskowe ubrane w błękitne uniformy, z uśmiechem na ustach wskazują drogę do odprawy paszportowej. Wypełniliśmy notatkę, którą zobowiązani są wypełniać obcokrajowcy i błyskawicznie przeszliśmy przez bramki graniczne.
Hong Kong jest specjalnym regionem administracyjnym Chin. Pomimo, że od 1997 wrócił, po okresie brytyjskiej dzierżawy należy do Chin, to procedury graniczne odbywają się jak w osobnym państwie. Wizę uzyskuje się na granicy, jest bezpłatna i uprawnia do 90-dniowego pobytu. Wreszcie można wymienić pieniądze nie pokazując paszportu:) Za 100 dolarów amerykańskich dostaliśmy 718 dolarów honkongskich.
Na terenie lotniska zatrzymuje się pociąg, który kursuje do centrum, opłata wynosi około 80 HKD/osoba. Można też przejechać się piętrowych autokarem, który jest zdecydowanie najtańszy i kosztuje około 33 HKD/osoba.
Pierwsze co rzuca się w oczy, po wyjściu z lotniska, to ruch drogowy. Kierownice są po prawej stronie. Wszystkie taksówki są tej samej marki, różnią się tylko kolorami, w zależności od części Hong Kongu, w jaką jeżdżą. Są droższe od chińskim około 20-30%. Za kurs do samego centrum, około 35 km, zapłaciliśmy 260 HKD. Trzeba przyznać, że są bardzo wygodne, a większość kierowców mówi po angielsku.
Roślinność w tej części Azji jest piękna. Mnóstwo zieleni, duża wilgoć w powietrzu i górzysty teren.
Dzisiaj odpoczywamy. Od jutra zapowiadają 26 stopni i pełne słońce:)

Nogi nam się trzęsą do tej pory…

Złapało nas dzisiaj przeziębienie… to chyba efekt zimnych napojów, których w Shanghaju trochę przyjęliśmy. Pomimo to nie ma mowy, żeby nie ruszyć na podbój miasta nocą.

Wsiedliśmy w metro i przejechaliśmy, znaną nam doskonale drogą, na Pudong. Naszym celem był najwyższy do niedawna budynek świata, SWFC – Shanghaj World FinancialCenter. Z metra, na stacji Lujiazui, wysiedliśmy o 18.35. Dotarcie da kolosa, z oświetlonymi na niebiesko konturami, zajęło nam 10 minut. Przy wejściu czekali stewardzi, którzy każdego prowadzą do kasy. Ruchomymi schodami zjechaliśmy piętro w dół. W holu 4 okienka, w których można zakupić bilety za jedyne 150 juanów:) Wyprawa nie należy do najtańszych ale takiej gratki odpuścić sobie nie wolno. Korytarzami przeszliśmy do sali multimedialnej, w której wyświetlona została nam imponująca prezentacja. Trzeba przyznać, że mają multimedialny rozmach. Na wielkim, zgiętym w półokrąg ekranie, zobaczyliśmy najważniejsze zdjęcia z Pudongu, uśmiechnięte skośnookie twarze i wieleobrazów, które robią na każdym wrażenie. Wstęp zakończyła niewielka kobietka, która poprawną angielszczyzną zaprosiła nas do windy. Przed wejściem zostaliśmy poinstruowani, że za niespełna minutę znajdziemy się na 425 metrach!!!

Kiedy winda ruszyła popatrzeliśmy z Bartkiem na siebie tylko, a potem już z zapartym tchem śledziliśmy licznik pokonanych metrów. Uszy przedmuchiwaliśmy kilkakrotnie. Wysiedliśmy z ekspresowej puszki metalowej, która w sposób zupełnie dla nas niezrozumiały, błyskawicznie przeniosła nas do innego świata. Dopiero wtedy zrozumieliśmy, że nasz lęk wysokości spuści nam niezłe lanie. Już przed wejściem do budynku wiedzieliśmy, że podłoga na samej górze jest ze szkła, dlatego mocno byliśmy zdziwieni, że stąpamy po wykładzinie. Okazało się, że jesteśmy dopiero na 97 piętrze, a ostatnie 3 pokonamy kolejną, znacznie wolniejszą windą.

Na dachu świata oblał nas zimny pot. Byliśmy w szklanej kopule, która w dodatku wyczuwalnie się trzęsie. Nogi mieliśmy miękkie, jak przed egzaminem maturalnym. 477,96 metrów nad ziemią, wszystko dookoła malutkie, ledwie zauważalne, a my staliśmy wystraszeni i niedowierzający, że to możliwe, że z własnej, nieprzymuszonej woli, znaleźliśmy się tutaj. Zajęło nam około 10 minut oswojenie się z otoczeniem. Z pewnością pomogli nam w tym turyści, którzy byli tam przed nami. Pstrykali zdjęcia i chodzili po szybach, tak jakby to było pół metra nad ziemią. Głupio by było, gdybyśmy wyszli na tchórzy, pochodzimy w końcu z kraju najodważniejszych ludzi:)… szkoda tylko, że nie chlapnęliśmy przed wjazdem kilku głębszych. Bylibyśmy wtedy kozakami.

Wiatr słychać tutaj zupełnie inaczej niż na ziemi. Nie wiem jak mocno wieża się wychyla ale odnosiłem wrażenie, że tańczymy na wietrze. Może to awaria błędnika ale wrażenie było nie do opisania. Zrobiliśmy masę filmów i zdjęć i jako jedni z pierwszych ruszyliśmy w stronę windy. Powrót był wielką ulgą. Na setnym metrze czuliśmy się już lepiej ale ciśnienie opadło dopiero na samym dole:) Nasze koszulki były mokre a włosy stały na baczność jak Armia Terakotowa… Bartas, jakieś 10 metrów od budynku, powiedział tylko, że ma nadzieję, że nie zostawił nic na górze, bo za Chiny tam nie wjedzie drugi raz:)

Na zakończenie dnia pstryknęliśmy brakujące fotki na eleganckim Bundzie. Zaliczyliśmy również nocną wizytę na Starym Mieście i taksówką, za 20 juanów, wróciliśmy do hotelu. Jutro o 12.30 lecimy do Hong Kongu.

Kolejny dzień w Shanghaju

Rano spotkaliśmy się z naszym chińskim kontrahentem. Pogadaliśmy sobie godzinkę, ustaliliśmy szczegóły współpracy na rok 2012 i dowiedzieliśmy się kilku przydatnych rzeczy na temat Shanghaju.
Chińczycy żyją w skrajnościach. Bardzo tu dużo nieprzyzwoitych bogaczy. Niestety znacznie więcej ludzi żyje na skraju ubóstwa. Mieszkania Chińczyków są bardzo małe. Na 20 m2 potrafią żyć 3 pokolenia. Tylko najbogatszych stać na domy lub duże apartamenty.
Spacerując po centrum odnosi się wrażenie, że ceny powariowały. W oknach, na niskich piętrach wieżowców, stoją Ferrari, Aston Martiny i inne cacka w cenach… z sześcioma zerami na końcu. Tuż obok nich zaczepiają nas na okrągło sprzedawcy „markowych” zegarków, długopisów i elektroniki made in China. Dużo jest żebraków i ludzi niepełnosprawnych, którzy w natrętny sposób, niejednokrotnie łapiąc za ręce, proszą o pieniądze.
Chiny, wbrew powszechnej opinii, nie są krajem tanim. Restauracje, sklepy, hotele kosztują tu znacznie więcej niż sobie wyobrażaliśmy. Ze względu na stałe umacnianie się juana do dolara relacje cenowe będą się pogarszać. Tanie w Chinach są wyłącznie produkty eksportowe, paliwo, jedwab i taksówki. Produkty niższej jakości można kupić za grosze, trzeba jednak pamiętać, że często rozpadają się tuż po rozstaniu ze sprzedawcą. To taki chiński wynalazek, podobny do znikającego atramentu, jeszcze przed chwilą było widać treść, później pozostała już tylko złość:)
Odwiedziliśmy dzisiaj Stare Miasto za dnia. To chyba największe targowisko w mieście. Tysiące sklepów z chińskimi produktami. Tłumy ludzi przeciskają się wąskimi uliczkami. W XIX i XX wieku to miejsce służyło jako getto dla ogromnej liczby Chińczyków, którzy żyli w potwornej nędzy, podczas gdy cudzoziemcy zagarniali dla siebie dookola przestrzeń życiową.
Zupełnie tu inaczej, niż w pozostałej części modernistycznego Shanghaju. Architektura azjatycka, sklepy i restauracje lokalne. Co prawda na głównym placu zabłąkał się Starbucks, jednak chyba nawet jego właściciele widzą, że zupełnie tam nie pasuje.
Labiryntem mostków dochodzimy do ogrodu Yu Yuan. Czarujące to miejsce, ozdobione sadzawkami, dróżkami, mostami i kamieniami. Rosną tu ogromnych kształtów magnolie i inne typowe dla Chin drzewa. Wiosną musi być tu niesamowicie.
Na herbatę wpadliśmy do Huxing Ting – Pawilonu Serca Jeziora. Przed nami był tu nawet Clinton z żoną i królowa Anglii… Napój przygotowany jest z największą dbałością o szczegóły. W ciemnej porcelanie z Yixing smakuje wyśmienicie.
Na zakończenie pobytu w Chińskim Mieście zjedliśmy obiad w… japońskiej restauracji. Postanowiliśmy trochę powkurzać Chinoli, którzy są przekonani, że ich kuchnia jest najwspanialsza.

Shanghaj nocą

Shanghaj nocą pobiera chyba energię ze wszystkich elektrowni świata… Wszystkie wieżowce są kolorowe, na ulicach mnóstwo reklam, wszędzie mnóstwo ludzi. Zjedliśmy obiad w syczuańskiej restauracji z pobliżu Nanjing Lu. Syczuańska kuchnia oznacza bardzo ostre jedzenie. Syczuan to bardzo duża prowincja w centralnych Chinach. Graniczy z Tybetem od zachodu. Gotuje się tu głównie wołowinę, drób oraz ryby. Większość potraw przyrządzonych jest na bardzo ostro. W Chinach bardzo ostro oznacza, że dla naszego podniebienia i języka to „seppuku”. Poprosiliśmy kelnera, żeby przyrządził nam kurczaczka i makaronik w wersji lekko ostrej. Zamówiliśmy jeszcze glony morskie i grzyby. Oczywiście wszystko znalazło się na stole błyskawicznie. Chińczycy uwielbiają jeść i zwracają bardzo dużą uwagę na serwis w restauracji.

Pierwsze kęsy zamknęły nam usta na kilka minut. Dotykaliśmy języków, które były zdrętwiałe. Miałem wrażenie, że mogę sobie wbić igłę i nic nie poczuję. Kelnerzy patrzyli na nas z podziwem. Biali ludzie płaczą przy stole, dotykają języków i wypuszczają dziesiątki łez z niewiadomego powodu:) Trzeba było chwilę odczekać i za ciosem ruszyć dalej. Kolejne kęsy były już znacznie mniej bolesne. Smak był nawet wyczuwalny… Przy końcu dania byliśmy już zachwyceni daniami. Wszystkie talerze były wyczyszczone. Kilka minut później przychodzi się pogodzić z brakiem czucia w ustach i nerwowym oddechem, w którym przypomina się astmatyka, który zapomniał lekarstwa:) Jest jeszcze gorzej, jak zacznie się popijać. Czuć wtedy pieczenie dwukrotnie mocniej. Pomimo to wychyliliśmy dzbanek zielonej herbaty, zapłaciliśmy rachunek i ruszyliśmy na Pudong.
Spacerując w kierunku rzeki Huangpu zatrzymaliśmy się na małe pogaduszki przez darmowy internet przy Apple Store na Nanjing Lu. Staliśmy tak na ulicy, używając FaceTime, a większość przechodniów zatrzymywała się i zerkała z zaciekawieniem w ekrany naszych telefonów. Kiedy wybiła godzina 22.00 nagle wszystkie światła Shanghaju zgasły… To tradycyjny zabieg w tym mieście. Przecież każda elektrownia musi odpocząć na chwilę:) Zagadaliśmy się na tyle bardzo, że nie zdążyliśmy pstryknąć już fotek z panoramą oświetlonego Pudongu. Jutro będziemy tu znacznie wcześniej.
Przespacerowaliśmy się Bundem na południe do Starego Miasta. W czasie godziny, którą zajęła nam droga, miasto opustoszało. Na ulicach nie było już samochodów, poza taksówkami. Ludzi nie było praktycznie widać, zrobiło się cicho i i spokojnie. Stare Miasto kładło się do snu. Wszystkie sklepiki były już pozamykane. Tylko gdzieniegdzie widać było błąkających się Chińczyków i robotników drogowych, którzy pracują tu całą dobę. Skoro Shanghaj idzie spać, to my też:)

Shanghaj – dzień pierwszy

Shanghaj od rana żyje w niesamowitym tempie. Ulice pełne są samochodów, korki są ogromne, hałas i dźwięk silników słyszalny nawet na najwyższych piętrach. Pospaliśmy dzisiaj troszkę dłużej niż zwykle. Pierwsze oznaki zmęczenia należało zwalczyć pod kołderką.

Z hotelu przeszliśmy spacerem do najbliższej stacji metra i z przystanku Nanjing West przejechaliśmy linią nr 2 na Pudong – najnowocześniejszą dzielnicę Shanghaju, znajdującą się na drugim brzegu rzeki Huangpu. Strasznie nas tam ciągnęło, do super nowoczesnego Apple Store.  Wszystko wygląda tu kosmicznie. Do sklepu schodzi się kilkudziesięcioma szklanymi schodami, a w środku najwyższej klasy serwis.
Pudong w latach dziewięćdziesiątych stał się Specjalną Strefą Ekonomiczną. Ta decyzja spowodowała gwałtowny rozwój, biednej i bardzo niebezpiecznej niegdyś dzielnicy. Szyja boli od patrzenia na tutejsze drapacze chmur. Są tak wysokie i jest ich tak dużo, że ciężko przyrównać ten widok do innego miasta na świecie, oczywiście poza Hong Kongiem.
Najbardziej znanym budynkiem Pudongu jest wieża telewizyjna – Perła Wschodu, wysoka na 457 metrów. Można na nią wjechać windą, a kosztuje to, bagatela 180 juanów. Uważam, że cena jest absolutnie wygórowana, a wycieczka nie warta tych pieniędzy. Ten sam widok jest z pobliskiej wieży Jinmao, a wydatek prawie połowę mniejszy.
Z Pudongu przejechaliśmy największym według mnie zawodem Shanghaju, tunelem zwiedzania Bund. Straszna kicha za 50 juanów. W przypominającym korytarz metra tunelu, jedzie się wagonikiem, z którego widać kiepską, kolorową iluminację na ścianach. Jedyną zaletą tego „wyciągacza pieniędzy” jest to, że wysiada się bezpośrednio na Bundzie.
Bund to elegancka ulica, z której rozpościera się najlepszy widok na Pudong, a bieg swój zaczynają najważniejsze ulice handlowe Shanghaju. Mają tutaj również początek najważniejsze atrakcje turystyczne miasta: autobus CityTour oraz statki pływające po Huangpu. Bund jest elegancki, czysty, szeroki. Jest tu bardzo dużo obcokrajowców i prawie wszyscy mówią po angielsku. Shanghaj pod tym względem bije na głowę wszystkie miasta w Chinach.
Chcieliśmy wymienić pieniądze i podeszliśmy do najbliższego Bank of China. Tylko w wyznaczonych bankach można dokonać wymiany walut obcych. Pech chciał, że zapomniałem paszportu i niestety z tego powodu wymiana nie jest możliwa w Chinach. Dziwne to dla nas bardzo, jednak należy się z tym oswoić. W Chinach każda służba publiczna prosi obcokrajowca o paszport, przed rozpoczęciem jakichkolwiek czynności. Wszyscy są starannie ewidencjonowani, a informacje na temat cudzoziemców gromadzone w specjalnych bazach. Ciekaw jestem jaką mamy u nich historię:)
Nasz popołudniowy spacer zakończyliśmy na najważniejszej ulicy handlowej – Nanjing Lu. Mnóstwo tu domów towarowych. Ulica jest bardzo kolorowa, pełna neonów, reklam wyświetlanych na ogromnych telebimach. Oczywiście nie brakuje tu również ulicznych naciągaczy. Proponują praktycznie wszystko… najbardziej trzeba uważać na pseudo artystów i niby studentów sztuki. Zapraszają oni gamoni ze świata na herbatkę, pod pozorem rozmowy o sztuce. Po kilku naparzeniach dostaje się rachunek na kilkaset juanów, którego odmowa zapłaty kończy się spotkaniem z panem wielkości Pudziana:) Wszystkim nagle przestaje się wydawać, że herbatka była droga. Płaci grzecznie i udaje się do wyjścia.

Pożegnanie z Hangzhou i podróż pociągiem do Shanghaju

„Czasowo” jesteśmy już Chińczykami. Wstaliśmy o 8.30 i ze spokojem spakowaliśmy swoje walizki, zostawiliśmy w recepcji i poszliśmy do lokalnego punktu sprzedaży biletów kolejowych. Malutka kolejka, a w okienku pani uczesana jak lew. Bujna grzywa zakrywała jej wątłą twarz. Oczywiście ni w ząb mówiła po angielsku. Jak tu jej teraz wytłumaczyć, że 5 to godzina, na którą chcemy bilet, a 2 to liczba osób??? Z pomocą nadszedł nam jednak jegomość, stojący za nami. Wytłumaczył, że chcemy pociąg do Shanghaju na 17.00. Bilety kosztowały nas 124 juany/osoba.

Tuż obok punktu sprzedaży biletów była pięknie przystrojona ulica, na której znajdowały się setki sklepów z jedwabiem. Dosłownie wszystko, co da się zrobić z jedwabiu, było tu do kupienia. Zrobiliśmy szybkie zakupy, przekąsiliśmy szaszłyki z tofu i ruszyliśmy w stronę jeziora. Drogę znaliśmy już świetnie, dzięki wczorajszemu wieczornemu wypadowi. Około 3 km przeszliśmy w iście ekspresowym tempie. Już nad jeziorem przysiedliśmy na małą kawkę w Starbucksie. Spotkaliśmy tam kolegów z Ukrainy oraz Rosji i 2 „wczorajszych” Greków (musieli ostro poimprezować, bo wyglądali jakby im ktoś 2 tony do kieszeni włożył).
Kończyliśmy już kawę, kiedy zaczepił nas siedzący obok Chińczyk, który całkiem poprawną angielszczyzną, zaczął nas pytać co robimy w Hangzhou. Ciekaw był wszystkiego. W międzyczasie dostał ochrzan od swojej dziewczyny, która podobno szukała go już od godziny. Poczciwy luzak z niego. Nie przejął się niczym, tylko przysunął jej krzesło i zaprosił do dyskusji z przybyszami z rosyjskiej republiki – Polski:) Rozmowa rozkręciła nam się na dobre. Od odpytywanych płynnie przeszliśmy do pytających. Dowiedzieliśmy się między innymi, że przeciętny Chińczyk zarabia około 600 dolarów, tylko najbogatszych stać na europejskie produkty, bo są obłożone bardzo wysokimi podatkami. Opowiedział nam o najciekawszych miejscach w Chinach, powiedział czym warto podróżować, w jakiej dzielnicy Shanghaju najlepiej spać, w jakiej robić zakupy… Dowiedzieliśmy się również, że w Chinach można jeździć po pijaku i prawie nic za to nie grozi. Opowiadał tak o wielu różnych rzeczach, aż nagle osłupieliśmy… w Chinach kradną dzieci, które można potem kupić za 2000 dolarów!!!. Nasze miny były pełne przerażenia i niepokoju. Szybko jednak wytłumaczył nam, że w miastach to się nie zdarza. Jest to możliwe wyłącznie na zapadłych prowincjach. Pomimo to nie uspokoił nas zbytnio. Zaczęliśmy się pytać o bezpieczeństwo i zwyczaje. Zapewnił nas, że jedyne co może się złego przydarzyć w Chinach, to być okradzionym z dóbr materialnych. Mogą nam rąbnąć plecak, portfel, walizkę ale dzieci nam z pewnością nie ukradną. Zresztą po co Chińczykowi dziecko z szeroko otwartymi oczami. Już na pierwszy rzut oka wszyscy zobaczą, że to nie jego:)
Spojrzałem na zegarek i okazało się, że jest już 15.00. Za 2 godziny mamy pociąg, trzeba jeszcze wrócić do hotelu po walizki, dotrzeć na dworzec. Mieliśmy przepłynąć się statkiem po jeziorze ale spędziliśmy prawie 3 godziny z naszym kumplem z Chin. Warto było, dużo się dowiedzieliśmy i nie mieliśmy co najważniejsze żadnych problemów ze zrozumieniem.
Kiedy w hotelowej recepcji stawiliśmy się o 16.15 i poprosiliśmy o zamówienie taksówki, recepcjonistka spojrzała na nas z paniką, dowiadując się, że pociąg mamy o 17.00. W okolicach 16.00 następuje tutaj zmiana kierowców taksówek z dziennych na nocnych i złapania taxi graniczy z cudem. Pracownicy hotelu zaczęli biegać gdzieś po ulicy, krzyczeć, machać… dziwnie to wszystko wyglądało. Mamy chyba znacznie więcej luzu od nich:) Staliśmy tak sobie, popijając napój z aloesu, aż nagle podbiegł concierge, zabrał nasze walizki, wsadził do taksówki, którą zatrzymał na środku 4 pasmowej ulicy i krzycząc na kierowcę w pośpiechu zamknął drzwi. Siedzieliśmy w środku i machaliśmy do niego z uśmiechem a on jeszcze przez kilka metrów biegł, krzycząc coś do taksówkarza. Z pewnością go pospieszał ale nic nie rozumiałem:)
Ruch na ulicach był duży, pomimo to, na dworcowym parkingu byliśmy po 15 minutach. 16.35 podchodzimy do informacji, Pani mówi, że Shanghaj 2 piętra wyżej. Pstrykamy więc fotki i schodami ruchomymi wjeżdżamy na 2 piętro. Nasz pociąg odjeżdża z peronu 7. Jeszcze nigdy nie widziałem tylu ludzi na całym dworcu, co tu tylko do naszego pociągu. To jest niesamowite. Kilka tysięcy stłoczonych Chińczyków grzecznie przesuwa się w stronę kontroli biletów. U nas jest nie do pomyślenia, żeby taką ilość ludzi odprawić w kilka godzin, tutaj wszystko trwało kilka minut…
Nasz pociąg stał już na peronie. Miał chyba pół kilometra długości, może nawet więcej. Tuż przy wyjściu wagon numer 19 a nasz to 02. Szliśmy peronem i szliśmy. W pociągu jest jak w samolocie. Po 3 rzędy na stronę i środkiem przejście. Wszystko bardzo nowoczesne, czyste. W przedziałach, pod sufitem telewizory, między wagonami toalety i gorąca woda do zaprzenia herbaty. Mucha nie siada. Taka podróż to czysta frajda. Pociąg śmiga 310 km/h. Odcinek 170 km przejechaliśmy w 40 minut!!!!!!!!!!!!!!
Dworzec w Shanghaju jest tak nowoczesny, że każdemu, kto tu przyjedzie szczęka opadnie do ziemi. Ogromny, świetnie zorganizowany, wszędzie ruchome schody, punkty informacji. Sklepów więcej tu niż w niejednym naszym centrum handlowym. Oznakowanie wręcz perfekcyjne, bez najmniejszych problemów każdy trafi do taksówki, autobusu albo kolejnych pociągów. Oczywiście błyszcząca podłoga, nie widać nawet jednego papierka. Chiński marmur świeci się, jakby polerowali go kilka godzin.
Podróż z lotniska do hotelu zajęła nam około 30 minut. Autostrady 2 poziomowe, samochody jeżdżą górą i dołem. Ruch ogromny ale płynność pełna. Korek rozpoczął się dopiero przy zjazdach do centrum. Dookoła widok niesamowity. Wszędzie wieżowce. Jest ich tutaj kilka razy więcej niż w Pekinie. Wszystkie są tak wysokie, że ciężko dojrzeć ostatnie piętra. To miasto jest bardzo nowoczesne. Nasz hotel zresztą też. Mieszkamy na 18 piętrze.

Hangzhou – raj na ziemi

To miasto jest niesamowite, przepiękne, czarujące, zielone i żyje całą dobę.

Popołudnie rozpoczęliśmy od obiadu w miejscowej, dobrze wyglądającej restauracji. Starym, sprawdzonym zwyczajem zamówiliśmy wyłącznie dania z obrazków. Wszystkie wyglądały smakowicie… okazało się jednak, że na południu Chin wygląd nie wystarczy. Zamówiliśmy 4 potrawy i piwko do popicia. Oczywiście obsługa migiem podała wszystko do stołu ale ku naszemu zdziwieniu, nie wszystkie dania były zjadliwe. Obrazkowy „raj makaronowy” okazał się być zupą z kaczki… całej kaczki, łącznie z dziobem:) Wyjadłem co najlepsze kęsy, niestety rosół był do kitu. Potem zabraliśmy się za kurczaka w stylu krewetkowym. Cokolwiek to nie oznacza, Bartas stwierdził, że kurczaka na zimno nie lubi i jeść nie ma zamiaru. Spróbowałem, smakowało tak sobie, tym bardziej, że mięsa praktycznie nie było. Byliśmy trochę zawiedzeni, zwłaszcza młody. Kiedy przynieśli kolejne danie Bartasa oblał pot. Na spodzie makaron sojowy, na wierzchu mięso, trudnego do ustalenia pochodzenia i wszystko kąpało się w oleistej mazi. Pierwszy chwyt pałeczkami, z niepokojem próbujemy i… pół piwa poszło duszkiem. To cholerstwo było tak ostre, że płakałem przez minutę. Bartkowi odeszła ochota na jedzenie. Stwierdził, że napije się piwka i dziękuje za tą knajpę. Ja czułem,  że ostry smak rozkręca moje kubki smakowe, które wołają „więcej, więcej”:) Warto zaznaczyć, że danie podane było w mini wannie, co na tutejsze zwyczaje jest wybitną ekstrawagancją. Kiedy byłem w połowie, nadeszło kulinarne zbawienia dla Bartka. Podali ostatnią potrawę… kapustę w rosole z kluskami. Trzeba przyznać, że wyglądało swojsko i smakowało jeszcze lepiej:) Mistrz aparatu wreszcie poczuł się lepiej. Zjadł ze smakiem pokaźną michę i nawet zaznaczył, że kluseczki przypominają nasze kopytka:)
Po kolacji ruszyliśmy nad zachodni brzeg jeziora Xi Li. To jest raj na ziemi. To miejsce jest przeurocze. Mnóstwo zieleni, wspaniałe aleje platanowe, doskonale oświetlone. Po jeziorze pływają zdobione chińskimi motywami statki, tańczą fontanny, ludzie pstrykają foty, kręcą filmy… Każdy odwiedzający Chiny musi tu przyjechać. Hangzhou, słusznie zwróciło uwagę Marco Polo. Ja nie chcę stąd wyjeżdżać…!!!
Wszystko wokół jeziora jest świetnie zorganizowane. Knajpki, ścieżki spacerowe z pięknego kamienia, mosty, latarnie, ławki. Pokaz tańczących fontann przebił mój ulubiony show z Barcelony. Kolorowy, muzycznie urzekający, świetnie zaplanowany, widoczny jest ze wszystkich stron jeziora. Ludzie stali zamurowani. Kręcili filmy, robili zdjęcia. Nie bardzo wiem co mówili, widać było jednak, że bardzo im się podoba.
Warto zaznaczyć, że im bliżej miejsca, gdzie tańczą fontanny, tym bardziej europejski panuje klimat. Naprzeciw „areny” zadomowił się wielki hotel sieci Hyatt, tuż obok niego otworzyli swoje sklepy najwięksi europejskiego świata mody: Gucci, Armani, Zegna, Cartier, YSL, Dolce i Gabanna oraz wiele innych, znanych z Europy marek. Ceny w tych sklepach są dwukrotnie wyższe niż u nas, pomimo, że to i tak najdroższe marki. Zapytałem sprzedawcy w sklepie dlaczego buty, które kosztują w Europie 300 euro tutaj są po 700… Odpowiedział, że podatki są wysokie, ekonomia Chin bardzo dobra a obroty w jego sklepie pozwalają na to, że jest powierzchniowo 5 razy większy niż standard europejski. Coś w tym jest… w Chinach wszystko jest duże, oczywiście poza wzrostem Chińczyków:)
Jutro Hangzhou za dnia. Będziemy pływać statkiem, próbować herbaty i mamy nadzieję spotka nas mnóstwo nowych wrażeń.

Czas na Hangzhou!

 

Dzisiaj chyba już przestawiliśmy się na czas chiński. 6 rano na nogach, wyspani i gotowi do akcji. Śniadanie w hotelu było rewelacyjne. Wybór 10 krotnie większy niż w poprzednim hotelu, o jakości nie wspomnę.
Taksówkę na lotnisko zamówiliśmy na 10.00. Nowy kierowca, łatwa trasa… Beiing Capital Airport please:) Po 25 minutach byliśmy już na super nowoczesnym i bardzo ładnym lotnisku w Pekinie. Szczerze mówiąc nie widziałem do tej pory tak dużego i świetnie zorganizowanego portu. Na każdym rogu punkty informacji, służby lotniskowe uśmiechnięte, ubrane w granatowe uniformy. Panie w punktach informacji w eleganckich, kawowych kostiumach, oczywiście w chińskim stylu. Oferta restauracji i sklepów ogromna. Wszystko bardzo ładne. Ludzi masa, dosłownie wszędzie, a pomimo to nie staliśmy w kolejce dłużej niż 2 minuty. Terminal 3 jest zakończeniem ciągu budynków. Loty międzynarodowe lądują na terminalu 1, tam przylecieliśmy z Monachium. Odbiór bagaży jest na terminalu 3, do którego z pozostałych jedzie się specjalnym pociągiem. Nasz samolot do Hangzhou już czeka przy rękawie. Jest 12.35, wsiadamy do samolotu i planowo lądujemy w dawnej stolicy cesarstwa o 15.00.

Samolot Air China okazał się być bardzo wygodny. Jedzenie pierwsza klasa. Makaronik z owocami morza, sałatka warzywna, owoce, napoje. To wszystko na 2-godzinny lot.

Po wyjściu z samolotu w Hangzhou byliśmy w szoku… uderzyła nas wysoka wilgotność i temperatura w okolicach 25 stopni. W jednym momencie wyskoczyliśmy ze sweterków oraz kurtek i pozostaliśmy w krótkim rękawku. Stanęliśmy w kolejce do taksówki i po około 15 minutach wsiedliśmy do Hyundaya, który nas zawiózł do hotelu. Zapachowo taksi podobna do pekińskich. Kierowcy palą w nich papierosy a przy panujących tu temperaturach i firmowych uniformach ze sztucznych materiałów, nasze nosy mocno się przemęczyły:)
Pierwsze co nam się rzuciło w oczy to roślinność. Bardzo tu zielono, masa drzew, przeróżnych odmian. Z lotniska przejechaliśmy około 30 km i wjechaliśmy do kolejnego ogromnego miasta Chin. Ruch na ulicach porównywalny z Pekinem, kierowcy jeżdżą jak szaleni. Nasz europejski styl jazdy zakończyłby się tutaj staniem w miejscu. Wolna amerykanka, kto ma większy samochód ten jedzie:) Kierowca przyspieszał i hamował jak w F1.

Ostatnie chwile w Pekinie

Jednak Bartas się obudził i razem przespacerowaliśmy się ulicami południowego Pekinu, w kierunku Świątyni Nieba. Przeszliśmy może 4-5 kilometrów. Przed wejściem do przepięknego Parku odwiedziliśmy jeszcze klasyczny chiński market z podróbkami. Na 5 piętrach można było kupić chińskie: Pateki, Burberry, Prady, Ipady i ogólnie wszystko „markowe”, od elektroniki przez perły do ciuchów i toreb.
Na każdym piętrze inny asortyment. Trzeba przyznać, że ogrom towarów i sposób handlowania różni się mocno od europejskiego:) Widzieliśmy nawet kilka Polek, które podekscytowane zakupami przekonywały się wzajemnie, że chiński deal działa.
Wstęp do parku, na terenie którego znajduje się Świątynia Nieba, kosztuje 10 juanów. Park jest ogromny, bardzo zielony. Drzewa i trawa starannie wystrzyżone. W parku mnóstwo ludzi śpiewających, tańczących, ćwiczących taiji, grających w jianzi. Po środku parku stoi najwspanialszy przykład architektury epoki Ming – Tiantan (Świątynia Nieba). Nie zdziwię się jak usłyszę od turystów, że podoba im się tu bardziej niż w Zakazanym Mieście. Świątynia została zaprojektowana jako miejsce, w którym spotyka się niebo i ziemia, a pośrednikiem między niebem a ziemią był Syn Niebios – cesarz.
Muszę przyznać, że cesarz w Chinach był wielkim gościem:) Do Zakazanego Miasta wpuszczał tylko eunuchów, by mieć pewność, że wszystkie dzieci mieszkające tam są jego. Miał kilka tysięcy kochanek i kilka żon a do Świątyni Niebios, kiedy modlił się o zbiory, nie wpuszczał Chińczyków i dodatkowo na trasie dojazdu do niej kazał zasłaniać okna i nie „podglądać”, jak ze swoim orszakiem jedzie się modlić.

Na zakończenie dnia, już lekko zmęczeni, postanowiliśmy ostatni raz dzisiaj przejechać się taksówką po Pekinie. Bogaci w doświadczenia poranne, pokazaliśmy dokładny adres kierowcy i oczywiście prowadziliśmy go na każdym skrzyżowaniu, mówiąc gdzie ma skręcać:)
Jutro o 13.00 startujemy z międzynarodowego lotniska w Pekinie do Hangzhou, gdzie mamy być o 15.00.

 

Piątek – tragiczny dzień:(

Rozpoczęliśmy go od oddania rowerów do wypożyczalni. Potem śniadanko, zamawiamy taksówkę i przenosimy się do innego hotelu. Wpisaliśmy sobie adres hotelu do mapy google i zgodnie z podaną tam instrukcją pojechaliśmy taksówką do Lake Hotel Beijing. Okazało się niestety, że google pomylił adresy. Co prawda wskazał nam jezioro ale niestety nie to i co najgorsze nad googlowskim jeziorem nie było żadnego hotelu:(
W międzyczasie 2 razy zmienialiśmy taksówki, bo byliśmy przekonani, że taksówkarze nie mają bladego pojęcia gdzie jechać. Bariera językowa jest ogromnym problemem w Chinach. Praktycznie nikt nie mówi tutaj po angielsku, nie wspominając o innych językach.
Warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że taksówkarze w Pekinie nie znają ulic ani miasta. Trafiają telefonując do docelowego miejsca, gdzie otrzymują instrukcję jazdy. Ich głównymi wskaźnikami są ponumerowane obwodnice Pekinu. Niestety nawigacja GPS nie jest dostępna w Chinach:(
Po godzinnych podróżach wokół jeziora, Zakazanego Miasta i placu Tiananmen postanowiłem zadzwonić na pomoc do hotelu. Miłym głosem zostałem poinstruowany, że lepiej bym dał telefon kolejnemu taksówkarzowi, któremu zostanie dokładnie wytłumaczona droga. W okolicach Zakazanego Miasta złapaliśmy w końcu docelową taksówkę. Recepcja hotelu wytłumaczyła kierowcy jak do nich dotrzeć i ruszyliśmy. Mit fantastycznego google padł ! Okazało się, że Lake Hotel Beijing jest w zupełnie innym miejscu niż wskazało nasze wspaniałe narzędzie, wyprodukowane przez największego wroga CHRL.
Kierowca okazał się być wybitnie przebiegłym oszustem. „Zapomniał” włączyć taksometr i zatrzymał się w połowie drogi informując nas, w tylko sobie zrozumiały sposób, że musimy zapłacić mu natychmiast 100 juanów, bo mamy za dużo bagażu:) Wyjątkowo nas tym rozbawił, bo szacowana opłata za przejazd całym odcinkiem wynosiła nie więcej niż 25 juanów. Był jednak wybitnie konsekwentny i uparty. Po kilkuminutowym monologu Chińczyka postanowiliśmy wysiadać. Kierowca okazał się jednak bardzo stanowczy i ani myślał „wypuścić” z bagażnika nasze biedne walizki. Staliśmy wobec tego przy samochodzie i staraliśmy się znaleźć kogoś, kto wytłumaczy dziarskiemu małemu człowieczkowi, że już go nie lubimy i nie chcemy dalej jechać jego cuchnącą papierosami taksówką… Nie udało się oczywiście.
Ostatnią szansą była hotelowa recepcja. Miła pani starała się dogadać z szoferem. Niestety, podobnie jak my, miała zbyt mało argumentów. Nasz bohater był nieugięty i dodatkowo chyba wygadał się za wszystkie czasy, bo trzymał mój telefon przy uchu przez kilka minut. Szkoda, że nie wiedział, że minuta w roamingu kosztuje około 10 pln netto:(
Szczerze przyznaję, że mocno się wkurzyłem. Wyciągnąłem aparat i zrobiłem zdjęcie numerów bocznych taksówki. To najlepsza rzecz, jaką dzisiaj zrobiłem…! Taksówkarz z przerażeniem i złożonymi błagalnie dłońmi nalegał byśmy jechali dalej. Zaczął nas wpychać do samochodu. Prawie klękał przed nami. Był strasznie wystraszony. Sprawiał wrażenie gościa, który może stracić pracę, po numerze jaki wyciął polskim podróżnikom. Muszę przyznać, że pomimo niskiego wzrostu, był bardzo silny. Na tyle mocno mnie złapał, że prawie wsadził na tylny fotel. Musiało to bardzo komicznie wyglądać, bo na ulicy wszyscy się gapili:)
Nasza podróż taksówką nr 3 zaczęła się na nowo. Chińczyk włączył taksometr, był bardzo miły, cały czas się uśmiechał. Nawet samochód mu się wywietrzył:) Zepsuł troszkę wrażenie kolejny raz prosząc o telefon do recepcji, bo zapomniał drogę. Z pokorą dałem mu jednak aparat, bo nie wiedziałem jak powiedzieć, żeby skorzystał ze swojego… ach ten chiński:)
Kiedy podjechaliśmy w końcu pod hotel, taksówkarz grzecznie wypakował wszystkie nasze bagaże i z uśmiechem na twarzy zrezygnował z zapłaty.
Przeprowadzka zajęła nam 3 godziny. Mieliśmy na dzisiaj zaplanowany Wielki Mur, do którego trzeba jechać około 2h. W hotelu byliśmy o 13.15 a zwiedzanie Muru kończy się o 16.30. Dzięki google oraz małemu szoferowi publicznej pekińskiej TAXI, nici z Wielkiego Muru. Nie będzie pięknych zdjęć i koszulki „zaliczyłem Mur”:(
Wydarzenia dnia na tyle zmęczyły Bartasa, że przycisnął kilkugodzinną drzemkę. Ja natomiast wybieram się do Świątyni Nieba, może zobaczę jeszcze kilku skośnookich ćwiczących Taiji.

numer boczny naszej taksówki

numer boczny naszej TAXI

Rowerem przez Pekin

Dzień rozpoczęliśmy od spaceru do biura sprzedaży biletów lotniczych AIR China. Przespacerowaliśmy się około 2,5 km, udało nam się wybrać lot na sobotę na godz. 13.00, rozpoczęliśmy rezerwację, ale pech chciał, że do jej zakończenia potrzebne były numery paszportów. Oczywiście zostawiliśmy je w hotelowym sejfie:) Wróciliśmy więc spacerkiem do hotelu, ale już po drodze pomyśleliśmy, że nasze nogi mogą nie wytrzymać całego dnia spaceru.

Wypożyczyliśmy rowery. To był strzał w 10:) Rowerami zrobiliśmy dzisiaj około 50-60 km w Pekinie. Z biura AIR China, gdzie zabookowaliśmy na sobotę bilety do Hangzhou, pojechaliśmy do dzielnicy olimpijskiej. Odwiedziliśmy stadion, „Ptasie Gniazdo”, wspaniała budowla, architektoniczny popis wyobraźni i kunsztu projektanta. Bilet wstępu na stadion kosztuje 100 Juanow, około 50 pln. Przespacerowaliśmy się drogą wzdłuż wszystkich aren olimpijskich. Poza stadionem, ogromne wrażenie robi pływalnia, która z zewnątrz przypominała mi baloniki powietrza wydobywające się spod wody.
Z terenów olimpijskich pojechaliśmy w kierunku nowoczesnej dzielnicy handlowo-biznesowej Pekinu. Po drodze zatrzymaliśmy się na obiad w klasycznej chińskiej restauracji. Dania wybraliśmy z obrazków:) Wszystko było strasznie pikantne. Obiad nie należał do wartych mu poświęcenia więcej czasu, tym bardziej, że w restauracji było dużo osób palących, które skutecznie nas stamtąd wykurzyły.

Zrobiło się już ciemno i ulice przybrały barwy czerwono białe od kolorowych lampionów. Wszystkie restauracje rozpoczęły walkę o klientów. My w tym czasie przejechaliśmy przez ulice ambasad, których strzegą zastępy chińskich wojskowych.
Dotarliśmy w końcu do kosmopolitycznej części Pekinu, na ulice Sanlitun. Miejsce otoczone wieżowcami, budynkami tak nowoczesnymi i wysokimi, ze staliśmy tam i pstrykaliśmy fotki z zachwytu. Więcej tu wieżowców niż dziur na polskich drogach.

Pekin to absolutnie jedna z najważniejszych stolic świata. Na każdym kroku widać, że maja ambicje by być liderem… i jeśli jeszcze nim nie są to na najlepszej drodze już się znaleźli.

Na zakończenie dnia przejechaliśmy się z Sanlitun na Tiananmen i stamtąd na Qianmen, gdzie zjedliśmy kolacje w super knajpce. Później odwiedziliśmy zachodnią częścią miasta, gdzie Chińczycy najchętniej robią zakupy. Była już 23.00, wróciliśmy do naszego hotelu. Wysłuchaliśmy narzekania sąsiadów, że zbyt głośno rozmawiamy na FaceTime z Polską. Bartas przysiadł do obrabiania zdjęć, a ja kończę podsumowanie czwartku…
Jutro widzimy się z murem… chińskim oczywiście:)

 

Zaczynamy zwiedzanie

Różnica czasu dała nam się mocno we znaki na starcie. Nie mogliśmy wczoraj usnąć. 7 godzin powodowało, że godzina 5 rano w Chinach była u nas 22.00. Przyzwyczajeni do polskiej pobudki 0 7.00, wstaliśmy o 12.00 czasu chińskiego.
Mieszkamy tuż obok Zakazanego Miasta, dlatego po szybkim śniadaniu zaczynamy zwiedzanie prawie 100 ha terenu, do którego wejście jest z placu Tiananmen. Na dzień dobry powitał nas wielki obraz Mao. Podobno jest ich aż 10, na wypadek gdyby ktoś niezadowolony z rządów charyzmatycznego przywódcy, postanowił obrzucić go jajkiem. Zmiany obrazów zajmują kilka minut i naruszany Mao jest jak nowy:)
Przed Zakazanym przez wiele lat Miastem stoi kolejka. Chętnych do zwiedzania jest bardzo dużo. Głównie to Chińczycy. Cesarskie miasto stanowi miejsce ich częstych pielgrzymek. Teraz mogą oglądać do woli tern, na którym cesarz, wraz ze swoją świtą, prowadził luksusowe życie. Przez prawie 5 wieków było to zakazane, nawet zbliżenie się do jego murów nie przychodziło do głowy zdyscyplinowanym skośnookim.
Wstęp kosztuje 40 juanów. Wejście na teren miasta możliwe jest wyłącznie bocznymi bramami. Środkową mógł wchodzić jedynie cesarz. Kluczem do rozpoznania wielu rzeczy tutaj jest cyfra 9, symbole cesarskiej: smok i feniks oraz symbole długowieczności i władzy: żuraw i żółw. Na każdej bramie zdobienia są w liczbie 9. Każdy podjazd, którym wjeżdżał cesarz dekorowany jest rzeźbami smoków. Na większości tarasów stoją figurki żurawi i żółwi.
Wszystkie bramy w Pałacu ustawione są w jednym rzędzie. Porządek jaki tutaj panował widać do tej pory. Wszystko podporządkowane było cesarzowi. Jedynymi mężczyznami, którzy mieli wstęp na teren pałacu byli eunuchowie. Cesarz zapewniał sobie w ten sposób monopol na prokreację. Nawiasem mówiąc musiało to komicznie wyglądać, jak panowie śmigali z woreczkami przy pasie, w których nosili swoje klejnoty:) Tego typu praktyki zakazano dopiero w 1924 r.
Największe wrażenie zrobiły na mnie ogrody cesarskie. Piękne drzewa, strumyki, ryby pływające, klasyczne zabudowanie i ciasne uliczki. Widziałem dookoła wielu Chińczyków, którzy oddawali się relaksowi tutaj. Odnosiłem wrażenie, że czują się wyjątkowo dobrze. Ich buźki wyglądały na uśmiechnięte. Jednak mogło mi się to tylko wydawać, bo każdy mam wrażenie w tym kraju się uśmiecha :)
Po wyjściu z Zakazanego Miasta wspięliśmy się po 350 stopniach na szczyt ogrodów Jinghsan. Ładnie tu widać panoramę północnego i zachodniego Pekinu. Wschód jakoś słabo się prezentuje z tej perspektywy, pomimo, że są tam gigantycznych rozmiarów wieżowce.
Już o zmroku stanęliśmy na największym na świecie, 40 ha placu Tiananmen. Na samym jego środku jest mauzoleum Mao. Do odwiedzin wszechobecnego Przewodniczącego ustawiają się ogromnych rozmiarów kolejki. Wejście do mauzoleum możliwe jest wyłącznie od 8.00-12.00.
Stojąc na placu nie sposób nie zauważyć ogromnego budynku Komunistycznej Partii Chin. Trzeba przyznać, że jego rozmiary są iście cesarskie.
Wieczorkiem poszliśmy do dzielnicy Qianmen, gdzie pobyt rozpoczęliśmy od sprawdzenia e-maili w Starbucksie. Trzeba przyznać, że amerykański przemysł spożywczy jest wszechobecny w Chinach. Na każdym kroku widać tutaj sieciowe jadłodajnie: McDonald’s, KFC, Subway. Kawę pije się w Starbucksach, których więcej tutaj chyba niż w Nowym Jorku. Oczywiście można spotkać też chińskie odpowiedniki stanowych sieci. Logotypy mają identyczne, zmieniają się wyłącznie nazwy:)
W Qianmen warto zatrzymać się na obiad. Miejscowe restauracje są bardzo zadbane i serwują wyśmienite chińskie potrawy. My zamówiliśmy sobie kilka rodzajów makaronów z warzywami, trochę glonów i grzybków i dla lepszego trawienia buteleczkę chińskiego piwka.
Była już 21.00, kiedy zdecydowaliśmy się piechotką udać do Sanlitun, po drodze odwiedzając Dworzec Kolejowy. Trzeba przyznać, że droga weszła nam w nogi mocno, bo odcinek około 10 km pokonywaliśmy prawie 2 h. Warto jednak było się wysilać, bo widok drapaczy chmur przed północą był niesamowity. Wszystko pięknie oświetlone, błyszczące i zdecydowanie wielkie. Nie dość, że wieżowców jest tu kilka setek, to między nimi, na estakadach śmigają samochody. Strasznie to nowoczesne.
Do hotelu dotarliśmy grubo po 1.00. Spacer z Sanlitun przez śpiący Pekin był super doświadczeniem. Wchodziliśmy do nocnych sklepików, sprawdzaliśmy co sprzedają. W każdym było nadymione jak w kotłowni. Oferta europejskich produktów w chińskim wykonaniu jest ogromna. Butelka Chivasa o kolorze o 3 tonacje jaśniejszym niż oryginał, kosztuje około 100 pln !!! W oczy się również rzucały budowy, które są tu prowadzone 24h. Na większości ulic widać jak powstaje sieć kolei. Metro mają już wspaniałe, teraz czas, żeby przez cały Pekin śmigały również pociągi.